Polityka i klimat

Dlaczego o problemach rolnictwa mówi się tylko w czasie klęsk


Z prof. KRZYSZTOFEM GORLACHEM, socjologiem wsi i rolnictwa, rozmawia Anna Mateja


ANNA MATEJA: – Jaki kapitał polityczny można zbi? na suszy?


KRZYSZTOF GORLACH: – Wart zainteresowania, bo z racji jesiennych wyborów samorządowych liczba obietnic i wysokoś? pomocy może rosną? równie intensywnie, jak nerwowo będziemy wyczekiwa? obfitych opadów. Skutki suszy czy innych zjawisk naturalnych są zdarzeniami obiektywnymi, niezależnymi od ludzkiej woli, ale, jak pokazują często i gęsto składane obietnice pomocy dla rolników, mają wpływ nie tylko na rezultaty ekonomiczne, ale też na nastroje społeczne i kształt sceny politycznej.


Naturalną koleją rzeczy, skoro opadów jest mniej niż powinno, oczekujemy, że plony będą dużo mniejsze niż spodziewane, poczynione zaś przez rolników inwestycje nie zwrócą się. Producenci, nie czekając nawet na zbiory, już w lipcu podnosili larum, że „straty będą niepowetowane”; ich obawy i wyrosła na nich frustracja oddziałują na konsumentów, czyli na całe społeczeństwo. Swoje robią media. Jeżeli roztacza się za ich pośrednictwem katastroficzne wizje braku wody, klęski żywiołowej niemalże, liczy się wręcz, o ile mniejsze będą zbiory zbóż, ziemniaków, innych warzyw czy owoców i o ile w związku z tym wzrosną ceny podstawowych artykułów żywnościowych, trudno się dziwi? nastrojom konsumentów z niepokojem oczekujących nowych cen po wakacjach.


Po kilkunastu dniach obecności w mediach i wypowiedziach polityków susza stała się zjawiskiem społecznym, prawie idealnym środowiskiem dla polityków każdej opcji. Mogą się teraz ustawi? w roli kogoś, kto może, chce i potrafi zaradzi? kłopotom: wyrówna? straty rolnikom i nie doprowadzi? do drastycznego wzrostu cen. Jak duży kapitał polityczny uda się na tym zbi?, zobaczymy jesienią.


Wtedy też, po zbiorach, kiedy można porówna? uzyskane dochody ze średnią wieloletnią dla danego regionu, powinniśmy dopiero liczy? straty. I wypłaca? pomoc w sytuacji, kiedy dochody są faktycznie niższe od tych, jakie można byłoby uzyska? gdyby nie susza. W „starych krajach” Unii Europejskiej pomoc dla rolników jest zależna właśnie od wysokości dochodów, a nie wystąpienia jakiejkolwiek klęski.


Albo, mówiąc wprost, od kalendarza politycznego. No, ale tak jest w Unii, a my żyjemy w Polsce… W UE to kwestia bezdyskusyjna: wypłatę jakichkolwiek dodatkowych pieniędzy musi poprzedza? szacowanie rzeczywistych strat poniesionych przez hodowców, plantatorów i zwykłych rolników, a w drugiej kolejności skali, w jakiej przełożą się na wydatki konsumentów, którzy będą musieli więcej zapłaci? za artykuły pochodzenia rolnego. Taki system reagowania na klęski i wypłaty odszkodowań zacznie obowiązywa? w Polsce dopiero w 2008 r. Na razie więc możemy zachowywa? się tak, jak byśmy wciąż byli krajem spoza Unii, w którym gospodarką, także rolnictwem, rządzi nie księgowoś?, lecz interes polityczny.


W idealnej sytuacji – nie jest to jednak żadna utopia, ale projekt do zrealizowania, także w Polsce – rolnik inwestujący w gospodarstwo, a więc planujący uprawę wysokoglutenowej pszenicy czy wkładający zyski w hodowlę krów na mięso, ubezpiecza się na okolicznoś? niepowodzeń wywołanych nadzwyczajnymi zdarzeniami: suszą, powodzią czy gradobiciem. Firma ubezpieczeniowa, wyceniając wysokoś? odszkodowania, które miałoby zwróci? producentowi koszty, odbiera pole do działania politykom, bo nikt nie musi liczy? na ich obietnice.


Kiedy w 1997 r., podczas powodzi stulecia, premier Włodzimierz Cimoszewicz zasugerował, że, niezależnie od pomocy państwa, powodzianie powinni byli by? ubezpieczeni, w kraju zawrzało, że władza jest bez serca.


Bo chwila na tego typu nauki nie była odpowiednia. Kiedy jednak opadły wody i emocje, firmy ubezpieczeniowe bynajmniej nie odnotowały znaczącego wzrostu ubezpieczeń indywidualnych. Nie dziwmy się więc, że kiedy przychodzi się zmierzy? z klęską żywiołową, nie tylko rolnicy zaczynają się ogląda? na polityków. Jak wida?, sami stwarzamy im okazję, by pokazali się jako ci jedyni, którzy przychodzą z pomocą w najbardziej ekstremalnych sytuacjach tak rolnikom, jak zwykłym zjadaczom chleba i pomidorów. Tak długo, jak nie zaczną obowiązywa? przyjęte w Unii procedury reagowania na skutki katastrof naturalnych, będą się one przekłada? na nastroje społeczne, pozwalając zbija? kapitał polityczny rozmaitym ugrupowaniom i osobom.


A obietnice będą wytrząsane jak z rękawa. Tak jak teraz: pomoc socjalną otrzymają ci rolnicy, których straty przekroczą 30 proc. spodziewanych zbiorów (w UE można liczy? na rekompensatę spadku dochodów, ale nie produkcji!); na 500 złotych mogą liczy? właściciele gospodarstw do pięciu hektarów, na 1000 złotych – większych. Do tego trzeba doliczy? jedną tonę pszenicy i dopłaty do ziarna siewnego. Pojawiły się też pomysły wprowadzenia ulg w spłatach kredytów i czynszu dzierżawnego, a nawet zwolnienia z podatku rolnego. Pomoc, jaką mają otrzyma? rolnicy w 2006 r., będzie kosztowała budżet 245 mln zł, a Agencję Nieruchomości Rolnych – 200 mln zł. Lider Samoobrony myśli także o tym, by przeznaczy? 500 mln zł z budżetu na dopłaty do obowiązkowych ubezpieczeń rolników od klęsk żywiołowych, a z kolei Rada Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego zamierza przekaza? 1 mln zł na zakup podręczników dla dzieci poszkodowanych rolników.


Do tego trzeba doliczy? kilkanaście miliardów złotych strat, jakie powstają z racji dopłat do niezreformowanego KRUS-u, który wszystkim rolnikom, niezależnie od dochodów, gwarantuje taką samą wysokoś? składki rentowo-emerytalnej – 251 złotych na kwartał. Dlaczego tak opornie idzie nam praca nad zrównaniem praw rolników i innych obywateli?


Konsekwencje tegorocznej suszy to właściwie zdarzenie incydentalne, na którego tle można zobaczy? kwestie o wiele ważniejsze, np. odmienne od innych grup pracowników zasady płacenia podatków i ubezpieczeń społecznych przez rolników. Rolnicy są de facto wyłączeni ze świadczeń na rzecz finansów publicznych, a jednocześnie są jedną z najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych. Mogą się nie ubezpiecza?, nie prowadzi? księgowości, nie planowa? produkcji, a państwo, gdyby cokolwiek poszło nie tak, wyciągnie do nich pomocną dłoń.


Znowu, jeżeli nie wprowadzimy obowiązku ubezpieczania się przez producentów rolnych, a KRUS, zamiast odzwierciedla? możliwości ubezpieczeniowe rolników, będzie przykrywką dla dodatkowych subwencji – nic się nie zmieni. Można z nadzieją powita? doś? niespodziewane zapowiedzi PiS i Samoobrony, które zadeklarowały chę? uzależnienia stawki ubezpieczeniowej od wysokości rolniczych dochodów, ale z zapowiedzi jeszcze nic nie wynika. W planie ministra pracy i polityki społecznej Jerzego Hausnera z 2003 r. też przewidywano reformę ubezpieczeń rolniczych i z powodu oporu lobby rolniczego nic z tego nie wyszło.


Obecnoś? w Unii pomaga nam i w ten sposób, że nawet gdyby zbiory były mniejsze niż w innych latach, braki np. ziarna możemy uzupełni? importem z innych krajów Wspólnoty, które mają większe od nas zapasy. Skąd więc ten lęk, że czeka nas jesienią drożyzna?


Jeśli np. pieczywo zdrożeje, to niewykluczone, że bardziej z powodu cen ropy niż zboża.


Wszyscy ciągle jeszcze uczymy się obecności w strukturach europejskich. Jesteśmy w nich dopiero dwa lata z niewielkim naddatkiem i niewielu z nas myśli o Unii jak o systemie naczyń połączonych, który amortyzuje negatywne zjawiska pojawiające się w poszczególnych krajach Wspólnoty. Unia jest też amortyzatorem i w dalszej perspektywie, obligując nas do reformy ubezpieczeń rolniczych i wdrożenia procedury, dzięki której naturalne w rolnictwie klęski żywiołowe nie będą skutkowały tak drastycznymi konsekwencjami społeczno-ekonomicznymi, jak podwyżka cen, i ocierającymi się o populizm obietnicami politycznymi. Zajęci udzielaniem jednorazowej pomocy, niewątpliwie ważnej w indywidualnych przypadkach, rządzący nie podejmują jednak problemu o wiele poważniejszego, jakim jest systematycznie ocieplający się klimat. Może się zdarzy?, że dotykające nas naprzemiennie susze i powodzie staną się poważnym problemem społecznym, któremu nie zaradzimy odraczaniem spłat kredytu czy wypłaceniem zapomogi. O tym jednak mówi niewielu. Możemy więc bez końca boryka? się ze skutkami sytuacji, którą znamy jeszcze z Biblii: po latach tłustych przychodzą lata chude.


Susza pokazała, nie pierwszy zresztą raz, coś jeszcze: i politycy, i media mówią o wsi przede wszystkim wtedy, kiedy dotykają ją jakieś nieszczęścia, gdy jako zbiorowoś? wymaga pomocy. W standardowym obrazie nieradzących sobie z problemami ludzi nie mieszczą się np. ujawnione po wejściu do UE możliwości eksportowe polskiej wsi. Okazało się przecież, że po 2004 r. nie tylko nie zalała nas zachodnioeuropejska żywnoś?, ale nasze mięso, wędliny, sery czy warzywa bez trudu znajdują kupców na zachodzie Europy.


Bo tacy rolnicy są mniejszością. Polska wieś nadal wydaje się bardziej wsobna i nastawiona na kraj niż zglobalizowana.


W badaniach wida? jednak, jak bardzo polska wieś się różnicuje. Są tam i producenci rolni, którzy doskonale zadomowili się w Unii, bez większych trudności stając się elementem rynku europejskiego czy wręcz globalnego; przybywa rodzin, które z rolnictwem nie mają nic wspólnego. Dla nich wieś to miejsce do życia. Są oczywiście grupy, dla których nowe wyzwania okazały się za trudne. Zmiany podążają jednak w kierunku dalszego różnicowania – zmierzają do sytuacji, kiedy polską wieś rolniczą zdominują ci, dla których Unia będzie środowiskiem prawie że naturalnym. Ich będzie sta? na ubezpieczanie się, będą wdrożeni w rozmaite procedury unijne, a przez to będą odbiera? siłę rażenia obietnicom polityków.


Prof. KRZYSZTOF GORLACH (ur. 1954) jest socjologiem wsi i rolnictwa, wykładowcą w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor m.in. monografii: „Chłopi, rolnicy, przedsiębiorcy: »Kłopotliwa klasa« w Polsce postkomunistycznej” (1995), „Świat na progu domu. Rodzinne gospodarstwa rolne w Polsce w obliczu globalizacji” (2002). Członek m.in. Towarzystwa Socjologii Wsi Ameryki Północnej i Europejskiego Towarzystwa Socjologii Wsi.


6 sierpnia 2006

Podziel się wiadomością: